Komentarz Stowarzyszenia Inne Przestrzenie

Biennale Sztuki w Wenecji to najważniejsza scena sztuki współczesnej na świecie – miejsce, w którym państwa wystawiają swoje pawilony narodowe od ponad stu lat. W teorii to wielkie święto dialogu, wymiany, spotkania kultur. W praktyce tegoroczna, 61. edycja stała się czymś zupełnie innym: testem na to, czy świat sztuki potrafi powiedzieć „nie”, kiedy wszystko wokół podpowiada, że powinien.

Nie potrafił. I właśnie dlatego warto o tym napisać.

Rosja wróciła. Z muzyką techno

Po raz pierwszy od pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 roku Rosja otworzyła swój pawilon w weneckich Giardini. W 2022 rosyjscy artyści i kuratorka sami się wycofali – był to gest sprzeciwu, który wtedy wybrzmiał czysto. W 2024 pawilon wynajęto Boliwii. W 2026 Moskwa wróciła na własnych warunkach, pod własną flagą.

Sam format tego powrotu mówi więcej niż jakikolwiek manifest. Projekt nosi tytuł „Drzewo zakorzenione w niebie”, inspirowany – co brzmi jak ponury żart – francuską filozofką Simone Weil, która pisała o cierpieniu i współczuciu. Przestrzeń pawilonu zamieniono w coś na kształt kwiaciarni przesyconej zapachami. Trzydziestu ośmiu artystów, muzyków i performerów. Improwizacje, zespoły folkowe, koncerty – i sesje muzyki elektronicznej oraz techno w dniach przedpremierowych.

A potem? Potem pawilon zamyka się dla publiczności na cały czas trwania Biennale, od 9 maja do 22 listopada. Zwiedzający widzą jedynie nagrania performansów wyświetlane na ekranach w oknach. Innymi słowy: Rosja zagrała koncert dla dziennikarzy i krytyków w czasie preview, zebrała zdjęcia i nagłówki, po czym zatrzasnęła drzwi.

To nie jest wystawa. To operacja wizerunkowa. Techno w pawilonie kraju, który równolegle ostrzeliwuje ukraińskie miasta, nie jest sztuką – jest deklaracją, że można wszystko, że nic nie jest poważne, że wojna i kultura mogą sobie spokojnie współistnieć na tym samym dziedzińcu. To jawne szyderstwo, ubrane w kostium awangardy.

I jeszcze jedno, co rozwiewa zasłonę „kultury ponad polityką”. Pawilonem zarządza firma Smart Art, którą współtworzy Anastasia Karneeva – komisarz mianowana przez rosyjskie władze, powiązana z objętym unijnymi sankcjami koncernem zbrojeniowym Rostec. Jej wspólniczką w Smart Art jest Jekaterina Winokurowa, córka ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa. To nie jest oddolny głos rosyjskich artystów, których zresztą w kraju za sprzeciw wobec wojny więzi się albo zmusza do emigracji. To projekt firmowany przez dzieci elity reżimu. A specjalny wysłannik prezydenta Rosji Michaił Szwydkoj zapewnia, że „kultura przeważa tu nad polityką”. Trudno o zdanie, które lepiej obnażałoby intencję.

„Jedyną rosyjską sztuką jest dziś krew”

Nie wszyscy przyjęli to obojętnie. Pod rosyjskim pawilonem aktywistki FEMEN oraz członkinie Pussy Riot zorganizowały blokadę z transparentami: „Krew to sztuka Rosji”, „Jedyną rosyjską sztuką jest dziś krew”. Padło zdanie, że rosyjski pawilon „stoi na masowych grobach ukraińskich”.

To mocne słowa. Ale trudno odmówić im logiki, kiedy w tym samym czasie na Biennale pokazywana jest rzeźba ocalona z okupowanego Pokrowska, a ukraińska obecność – pawilon narodowy i projekty instytucji takich jak PinchukArtCentre – jest przede wszystkim dokumentacją strat: zniszczonych muzeów, deportacji, zabitych artystów. Po jednej stronie ogrodu kraj pokazuje, co stracił. Po drugiej kraj, który mu to odebrał, puszcza techno.

Reakcja polityczna była jednoznaczna. Ministrowie kultury i spraw zagranicznych dwudziestu dwóch państw – z inicjatywy Łotwy, z udziałem Polski i Ukrainy – wystosowali wspólny protest przeciw udziałowi Rosji, wskazując na zbrodnie wojenne i to, że kultura była jednym z pierwszych celów rosyjskich ataków na Ukrainę. Pod apelem podpisała się polska ministra kultury Marta Cienkowska. „Artysta służalczy wobec zbrodniarza staje się współwinny jego zbrodni” – napisała. „Kultura milcząca wobec mordowania ludzi staje się kulturą śmierci i terroru. Szczególnie my, Polacy, mamy obowiązek protestować przeciwko jakiejkolwiek obecności przedstawicieli bandyckiego państwa w miejscach, które swoją rangą mogłyby legitymizować ich zbrodniczą działalność”. Komisja Europejska zamroziła dwumilionową dotację dla Biennale, uznając, że dopuszczenie Rosji narusza unijne sankcje. Czternaście z dwudziestu siedmiu państw UE otwarcie skrytykowało otwarcie pawilonu. Włoski rząd podzielił się na pół: minister kultury Alessandro Giuli zbojkotował ceremonię otwarcia, podczas gdy wicepremier Matteo Salvini bronił „wolności sztuki” i osobiście odwiedził rosyjski pawilon.

Kiedy decyzja instytucji kultury dzieli rządy państw i kosztuje ją unijne pieniądze, to znak, że coś tu jest fundamentalnie nie tak.

Pawilon Polski zgasił światło

Jest w tej historii gest, który nas – stowarzyszenie pracujące na co dzień z rodzinami z Ukrainy w Szczecinie – obchodzi szczególnie. Pawilon Polski ogłosił, że w wybranych godzinach pozostanie zamknięty jako wyraz sprzeciwu wobec obecności Rosji i solidarności z Ukrainą. To nie jest spektakularne. To ciche zgaszenie światła. Ale właśnie takie gesty pokazują, że można uczestniczyć w wydarzeniu i jednocześnie odmówić udziału w jego kłamstwie.

Bo w tym sezonie milczenie pawilonu mówi głośniej niż każda instalacja.

Izrael, jury i pytanie o miarę

Rosja to nie jedyna oś sporu. Obecność Izraela – w trakcie wojny w Gazie – wywołała równie ostre reakcje. Ponad dwustu artystów podpisało list wzywający do wykluczenia izraelskiego pawilonu. Przed nim demonstrowało około stu osób z hasłami „No artwashing genocide” i „Boycott the Genocide Pavilion”. Łącznie wzdłuż Via Garibaldi przeszło około dwóch tysięcy protestujących, dochodziło do przepychanek z policją, a około dwudziestu pawilonów czasowo zamknięto. Po raz pierwszy w historii Biennale jego pracownicy ogłosili strajk.

Punktem zapalnym stała się decyzja jury: pięcioosobowy skład ogłosił, że nie będzie brał pod uwagę przy nagrodach artystów z państw, wobec których toczą się postępowania przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym – a więc m.in. Rosji i Izraela (MTK wydał nakazy aresztowania zarówno wobec Władimira Putina, jak i Binjamina Netanjahu). Gdy organizatorzy nie zgodzili się wykluczyć tych krajów, całe jury podało się do dymisji. Tradycyjne Złote i Srebrne Lwy nie zostały przyznane w pierwotnym terminie; w zamian zaproponowano „Lwy Zwiedzających”, głosowane przez publiczność. W odpowiedzi osiemdziesięciu jeden artystów wycofało się z rywalizacji o nagrody – pozostając fizycznie na wystawie, ale odmawiając udziału w „normalnej” grze o prestiż.

Tu trzeba być uczciwym, bo inaczej cały komentarz traci wagę. Zrównanie Rosji i Izraela w jednym worku jest przedmiotem realnego sporu. Dyrektor mediolańskiego Muzeum Brygady Żydowskiej zarzucił jury „błąd perspektywy” – brak rozróżnienia między dyktaturą a demokracją. Izraelskie MSZ mówiło o „upolitycznionym jury” i antyizraelskiej indoktrynacji. To argumenty, których nie wolno zbyć machnięciem ręki: kontekst rosyjskiej wojny napastniczej i kontekst konfliktu izraelsko-palestyńskiego nie są identyczne, a mechaniczne stawianie znaku równości bywa narzędziem propagandy samej Rosji, której zależy, by „wszyscy byli tak samo winni”.

A jednak. Można uznać, że sytuacje są różne, i wciąż widzieć wspólny mianownik: instytucja kultury o światowym prestiżu nie potrafiła wyznaczyć żadnej granicy. Nie chodzi nawet o to, czy akurat ta linia podziału była idealnie poprowadzona. Chodzi o to, że gdy własne jury – ludzie powołani, by oceniać sztukę – woli zrezygnować, niż firmować obecność państw oskarżanych o najcięższe zbrodnie, to instytucja powinna potraktować to jako ostrzeżenie, a nie przeszkodę do obejścia.

Co to znaczy dla instytucji w Polsce

Wenecja 2026 to dla polskich instytucji kultury rodzaj testu zderzeniowego: pokazuje, że „neutralność” przestała być bezpieczną strategią. Ministerstwo Kultury jasno ustawiło oczekiwania – współtworząc protest dwudziestu dwóch państw i popierając wstrzymanie unijnego finansowania, jeśli organizatorzy nie zmienią decyzji. Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, instytucja odpowiedzialna za Pawilon Polski, od 2022 roku trzyma to samo stanowisko: jednoznaczny sprzeciw wobec udziału Rosji i solidarność z Ukrainą. Jej dyrektorka Agnieszka Pindera mówi wprost, że odpowiedzialność ciążąca dziś na instytucjach kultury – także ta polityczna – rośnie, a nie maleje.

Pytanie przesuwa się więc z „czy pokazujemy artystów z kraju X?” na „jakie konsekwencje ma każdy nasz wybór programowy?”. Każda współpraca międzynarodowa będzie odczytywana również jako gest polityczny, nawet jeśli formalnie dotyczy „tylko” sztuki. Od instytucji oczekuje się jasnego stanowiska wobec rosyjskiej agresji – ale też wrażliwości na Gazę, kolonializm i przemoc państwową, bo inaczej narażają się na zarzut milczenia po stronie silniejszego. To niewygodny grunt. Ale Wenecja pokazuje rzecz prostą: jeśli instytucja sama nie wyznaczy granic swojej odpowiedzialności, zrobi to za nią ulica, listy otwarte i decyzje zapadające w Brukseli.

Dlaczego o tym piszemy

Można zapytać: co stowarzyszenie z Szczecina, zajmujące się integracją i edukacją, ma do powiedzenia o pawilonach w Wenecji?

Mamy do powiedzenia tyle, ile wynika z naszej codziennej pracy. Od 2022 roku siadamy w jednej sali z rodzinami, które uciekły przed tą wojną. Uczymy polskiego dorosłych, którzy zostawili wszystko. Robiliśmy z dziećmi – polskimi i ukraińskimi – wspólne kwietniki i warsztaty „Smaki Ukrainy”. Wiemy, że za słowem „agresja” stoją konkretne twarze przy stole. I właśnie dlatego nie potrafimy patrzeć obojętnie, gdy najważniejsza scena sztuki świata pozwala agresorowi puszczać techno na dziedzińcu, podczas gdy parę pawilonów dalej stoi rzeźba wyrwana z miasta, które ten sam agresor zrównuje z ziemią.

Kultura nigdy nie jest neutralna. To mit wygodny dla tych, którzy chcą, żebyśmy odwrócili wzrok. Sztuka potrafi być najczystszą formą oporu – jak milczący, zgaszony pawilon Polski – albo najwygodniejszym listkiem figowym dla przemocy. Biennale 2026 pokazało, że granica między jednym a drugim przebiega dokładnie tam, gdzie instytucje znajdują albo tracą odwagę.

W tym roku zabrakło jej w miejscu, które powinno świecić przykładem. Warto to nazwać po imieniu.

Mewa, która wybrała Polskę

A na koniec obraz, którego nie wymyśliłby żaden kurator. Przed Pawilonem Polskim, wśród tłumu, fleszy i krzyku demonstracji, mewa zbudowała gniazdo i złożyła trzy jaja. Ekipa pawilonu ogrodziła ją i postawiła tabliczkę z prośbą, by nie zakłócać jej spokoju. Polski projekt – „Języki z wody” (Liquid Tongues) Bogny Burskiej i Daniela Kotowskiego – mówi o alternatywnych formach porozumienia, czerpiąc z kultury Głuchych i świata pozaludzkiego, o wspólnocie ponad podziałami gatunków. I oto ptak wodny sam, z własnej woli, wybrał akurat ten pawilon. Zoolog Robert Maślak nazwał to „nieplanowaną żywą instalacją”, która „pięknie i bardzo dosłownie współgra z tematem współistnienia”: obok sztuki, kuratorów, kolekcjonerów i publiczności pojawia się inne życie – nie jako dekoracja, lecz jako równoprawny uczestnik przestrzeni.

Trudno o czystszą metaforę. Kilkadziesiąt metrów dalej kraj-agresor puszcza techno na dziedzińcu i zatrzaskuje drzwi. A przed pawilonem, który mówi o współistnieniu, bez pytania o paszport czy gatunek, wykluwa się nowe życie. To nie jest naiwny happy end – wojna trwa, mewa nic o niej nie wie. Ale jest w tym przypomnienie, po co w ogóle robimy to, co robimy: żeby tworzyć przestrzenie, w których ktoś – człowiek, rodzina, ptak – może się zatrzymać, poczuć bezpiecznie i zacząć od nowa. Także o to chodzi w „innych przestrzeniach”.


Stowarzyszenie Inne Przestrzenie działa na rzecz integracji, edukacji i rozwoju społecznego w Szczecinie. Od 2022 roku wspieramy rodziny z Ukrainy w nauce języka, integracji i codziennym funkcjonowaniu.

Źródła

Stanowiska i reakcje instytucji

Przebieg, jury i protesty

Odpowiedzialność instytucji i kontekst polsko-ukraiński

Mewa przy Pawilonie Polskim

Powiązany tekst: o tym, co pełnoskalowa wojna z 2022 roku oznacza dziś dla rodzin w Polsce – co się zmienia od września dla dzieci z Ukrainy.