12 czerwca 2026 roku Anthropic – jedna z firm budujących najpotężniejsze dziś modele sztucznej inteligencji – opublikowała tego samego dnia dwa komunikaty. Z pozoru niezwiązane. W rzeczywistości czytane razem układają się w jedno z ważniejszych pytań naszej dekady: kto ma prawo decydować o tym, do czego mamy dostęp, i czyje zdanie się w tej sprawie liczy.
Pierwszy komunikat to oświadczenie o tym, że rząd Stanów Zjednoczonych nakazał firmie natychmiast odciąć dostęp do dwóch modeli. Drugi to wyniki pierwszego dużego badania opinii publicznej na temat AI – prawie 52 tysiące przepytanych Amerykanów. Władza i obywatele. Decyzja i nastrój społeczny. Warto zatrzymać się przy obu, bo to nie jest odległa amerykańska sprawa techniczna – to zapowiedź sporów, które prędzej czy później dotrą i do nas.
Co się stało z Fable 5
Tego dnia o 17:21 czasu wschodniego Anthropic dostał od rządu USA dyrektywę eksportową: powołując się na bezpieczeństwo narodowe, władze nakazały zawiesić dostęp do modeli Fable 5 i Mythos 5 dla wszystkich obcokrajowców – także tych pracujących w samym Anthropic, także tych przebywających na terenie Stanów. W praktyce oznaczało to jedno: żeby zachować zgodność z prawem, firma musiała z dnia na dzień wyłączyć te dwa modele dla wszystkich użytkowników na świecie. Pozostałe modele działają dalej.
Powód? List rządowy nie podał szczegółów. Z tego, co firma zdołała ustalić, władze uznały, że ktoś znalazł sposób na „złamanie” zabezpieczeń modelu (tzw. jailbreak). Anthropic obejrzał demonstrację tej metody i opisuje ją zaskakująco spokojnie: chodziło o wąską lukę, która pozwalała wydobyć drobne, znane już wcześniej podatności – takie, które inne, ogólnodostępne modele potrafią wskazać bez żadnego obchodzenia zabezpieczeń. Konkretnie: technika sprowadzała się do poproszenia modelu, żeby przeczytał określony kod i naprawił w nim błędy. To samo, co każdego dnia robią ludzie broniący systemów informatycznych.
I tu robi się ciekawie. Bo Anthropic – mimo że dyrektywę wykonał – publicznie się z nią nie zgadza. Firma argumentuje, że nie znaleziono żadnego „uniwersalnego jailbreaku”, czyli metody, która szeroko otwierałaby groźne zdolności modelu. Że ich zabezpieczenia były testowane przez tysiące godzin we współpracy z rządem USA, brytyjskim instytutem bezpieczeństwa AI i niezależnymi zespołami. I że gdyby standard „wycofujemy komercyjny model używany przez setki milionów ludzi z powodu jednej wąskiej luki” zastosować do całej branży, to oznaczałoby faktyczne zatrzymanie wdrażania jakichkolwiek nowych modeli przez kogokolwiek.
Dwa bieguny tej samej sprawy
Łatwo z tej historii wyciągnąć prosty morał – i łatwo wyciągnąć zły. Bo da się ją opowiedzieć na dwa sposoby, i dopiero oba naraz mówią prawdę.
Wersja pierwsza: dobrze, że ktoś czuwa. AI to technologia o realnym potencjale nadużyć – w cyberbezpieczeństwie, w rękach ludzi bez czystych intencji. Jeśli państwo ma narzędzia, żeby zablokować groźne wdrożenie, to lepiej, żeby je miało, niż żeby zostawić decyzję wyłącznie firmom, które na tych modelach zarabiają.
Wersja druga: oto rząd jednym pismem, bez podania publicznego, technicznego uzasadnienia, w ciągu kilku godzin odciął cały świat od narzędzia – w tym własnych obywateli i pracowników firmy będących cudzoziemcami. Decyzja zapadła na podstawie ustnych przesłanek, których sama firma nie potrafi zweryfikować jako poważnych. To pokazuje, jak cienka jest granica między uzasadnionym nadzorem a arbitralną kontrolą dostępu.
Co ważne, sam Anthropic od dawna mówi, że rząd powinien mieć możliwość blokowania niebezpiecznych wdrożeń – ale w ramach procedury, która jest przejrzysta, sprawiedliwa, jasna i oparta na faktach technicznych. Ich zarzut nie brzmi „państwo nie ma prawa”, tylko „państwo zrobiło to w sposób, który tych zasad nie spełnia”. I to jest sedno. Pytanie nie brzmi, czy ktoś ma trzymać rękę na wyłączniku. Pytanie brzmi: na jakich zasadach, z jaką jawnością i z jaką możliwością odwołania.
A co na to ludzie
Tego samego dnia Anthropic pokazał drugą stronę medalu – nie to, co myśli władza, lecz to, co myślą zwykli ludzie. Badanie Anthropic Public Record objęło prawie 52 tysiące Amerykanów (dokładnie 51 993), przeprowadzone na przełomie listopada i grudnia 2025 roku. To pierwszy raz, gdy firma zapytała o zdanie nie własnych użytkowników, lecz ogół społeczeństwa – łącznie z tymi, którzy AI w ogóle nie używają.
Obraz, który się z tego wyłania, jest zaskakująco spójny ponad podziałami politycznymi, geograficznymi i wykształcenia. Po pierwsze – nadzieje. Niemal połowa badanych (48%) wśród trzech największych nadziei wobec AI wskazała leczenie chorób takich jak nowotwory czy alzheimer. Dalej: pomoc osobom z niepełnosprawnościami (36%) oraz postęp technologiczny i ułatwienie życia (po 23%). Co znamienne, najniżej uplasowały się nadzieje na to, że AI zastąpi ludzki kontakt – terapia czy łagodzenie samotności wypadły na samym końcu listy.
Po drugie – lęki. Najczęstszą obawą, w każdym stanie, okazała się utrata pracy: 64% Amerykanów. Druga to „zależność poznawcza” – strach, że oddając myślenie maszynie, sami przestaniemy umieć myśleć (56%). Trzecia – dezinformacja (52%). Warto zauważyć, że ludzie bardziej boją się nadużycia AI przez człowieka (przestępczość, inwigilacja, terroryzm) niż tego, że AI „wymknie się spod kontroli” sama z siebie.
Dwie obserwacje z tego badania są szczególnie warte zapamiętania. Po pierwsze, lęk przed utratą pracy jest silniejszy u tych, którzy AI używają najmniej: wśród codziennych użytkowników w pracy wynosi 54%, wśród nieużywających w ogóle – 70%. Doświadczenie z narzędziem zmniejsza strach, bo pokazuje zarówno jego moc, jak i jego granice. Po drugie, lęk przed zależnością poznawczą to na razie głównie obawa wyprzedzająca: spośród 56% osób, które się jej boją, tylko mniej więcej co piąta poczułaby realną stratę, gdyby AI nagle zniknęło. Co ciekawe – i to sygnał dla każdego, kto pracuje z dziećmi i młodzieżą – nauczyciele należą do grup najbardziej zaniepokojonych zależnością, a w badaniach jakościowych byli 2,5–3 razy częściej niż przeciętnie skłonni mówić, że na własne oczy widzieli „zanik poznawczy”, zapewne u swoich uczniów.
Najważniejsza liczba: zaufanie
I tu dochodzimy do danych, które najmocniej spinają obie historie. Ponad 70% Amerykanów (dokładnie 71%) uważa, że rząd powinien mieć udział w rozwijaniu i regulowaniu AI – i jest to poparcie ponadpartyjne: 79% wśród Demokratów, 68% wśród Republikanów. Ludzie chcą, by państwo działało przede wszystkim w obszarach prywatności (56%), bezpieczeństwa dzieci (52%) i odpowiedzialności za szkody (49%).
A jednocześnie tylko 15% badanych ufa, że to firmy AI powinny samodzielnie decydować, jak ta technologia jest rozwijana i używana. To najniższy wynik ze wszystkich badanych instytucji – niżej niż rząd federalny (20%), niżej niż samorządy (19%), a daleko poniżej niezależnych ekspertów (43%). Zapytani, co najlepiej zapewni, że AI posłuży ludzkości, badani wskazali dwie rzeczy: prawną odpowiedzialność firm za wyrządzone szkody (47%) i przedkładanie bezpieczeństwa nad wzrost (44%).
Zestawmy to z historią Fable 5. Z jednej strony obywatele mówią wyraźnie: nie chcemy, żeby o wszystkim decydowały same firmy, chcemy udziału państwa. Z drugiej – sprawa Fable pokazuje, że udział państwa bez przejrzystej procedury też budzi niepokój. Ludzie nie ufają ani jednej, ani drugiej stronie na słowo. I chyba mają rację. Bo zaufanie 15-procentowe wobec firm i umiarkowane wobec rządu to nie cynizm – to dojrzały sygnał, że potrzebujemy reguł, a nie zapewnień.
Dlaczego to nasza sprawa, nie tylko amerykańska
Można wzruszyć ramionami: amerykański rząd, amerykańska firma, amerykańskie badanie. Ale każda z tych kwestii wcześniej czy później puka i do naszych drzwi. Dostęp do narzędzi AI w Europie zależy od decyzji zapadających gdzie indziej – wystarczy jedno pismo, by narzędzie, na którym ktoś oparł pracę czy naukę, zniknęło z dnia na dzień. Lęki z badania – o pracę, o samodzielność myślenia, o dezinformację – są dokładnie te same nad Wisłą co nad Potomakiem. A pytanie o to, czyj głos się liczy, gdy decydują rządy i korporacje, jest pytaniem o demokrację w wieku, w którym kluczowa infrastruktura jest prywatna i globalna zarazem.
Dla nas, dla ludzi pracujących z innymi – w edukacji, w integracji, w codziennym budowaniu wspólnoty – płynie z tego jeden praktyczny wniosek. Nie wystarczy być użytkownikiem technologii ani jej przeciwnikiem. Trzeba być jej świadomym uczestnikiem: rozumieć, jak działa, znać jej granice, umieć powiedzieć, gdzie pomaga, a gdzie odbiera nam samodzielność. To badanie pokazało coś budującego – ci, którzy AI realnie poznali, boją się jej mniej, ale wcale nie chcą mniej reguł. Świadomość nie znosi czujności. Łączy je.
Bo spokojna rewolta nie polega na tym, żeby maszyny pokochać albo odrzucić. Polega na tym, żeby nie oddać nikomu – ani firmie, ani urzędowi – prawa do decydowania za nas bez naszego udziału. Jeden dzień w czerwcu 2026 roku pokazał, jak realne jest to ryzyko. I jak bardzo nasz głos w tej sprawie jest potrzebny.
Źródła: oświadczenie Anthropic w sprawie dyrektywy rządu USA dotyczącej zawieszenia dostępu do Fable 5 i Mythos 5 (12 czerwca 2026) oraz raport „Anthropic Public Record” – pierwsza fala badania opinii publicznej na temat AI, zrealizowana na próbie 51 993 Amerykanów (listopad–grudzień 2025).